środa, 20 marca 2019

Idris Elba na wesoło - recenzja serialu "Turn up Charlie"

Do tej pory nie miałem okazji obejrzeć zbyt wielu oryginalnych komedii Netflixa. Co do tych, które widziałem mam mieszane odczucia. Są choćby świetne "After Life" czy "The Kominsky Method", ale znajdzie się także miejsce na takie nieporozumienia jak "Insatiable" czy "Marlon". Właśnie mam za sobą seans kolejnej komedii i zastanawiam się do której kategorii ją zaliczyć.

Tytułem o którym mowa jest "Turn up Charlie". Opowiada on historię tytułowego Charliego - w tej roli Idris Elba - DJ'a, który po latach od jego jedynego hitu stara się powrócić na szczyt świata muzyki. Jego droga jest jednak zakręcona, bo zostaje opiekunem 11-letniej córki przyjaciela z dzieciństwa.
źródło
Brzmi to troszeczkę niedorzecznie, tym bardziej że nigdy nie widziałem Elby w komediowym wydaniu. Wiedziałem jednak, że w czasach młodości sam był DJ'em, więc wiedział za co się bierze. Stworzył i wyprodukował ośmio-odcinkowy serial, w którym wygląda jak ryba w wodzie.

poniedziałek, 18 marca 2019

Animacja w różnych kolorach - recenzja "Miłość, śmierć i roboty"

Jedną rzecz o animacji wiedziałem od zawsze - daje ona nieograniczone możliwości opowiadania historii. To czego nie da się w jakiś sposób przedstawić w rzeczywistości, zawsze mogło znaleźć swoje ucieleśnienie w serialach lub filmach animowanych. I najlepszym tego dowodem jest nowa produkcja platformy Netflix zatytułowana "Miłość, śmierć i roboty".

Niezwykła, 18-odcinkowa antologia powstała za sprawą grupki producentów, w której znalazł się m.in. Tim Miller (Deadpool) i David Fincher (Obcy, Siedem). Każdy epizod opowiada oddzielną historię, trwającą od kilku do kilkunastu minut, a ich temat przewodni znalazł się w samym tytule.
źródło
Zobaczycie tu mieszankę różnych stylów, gatunków i animacji. Komedia, thriller, oczywiście science-fiction we wszelkich znanych odcieniach. W przypadku niektórych historii, serial nie stroni od nagości, przemocy i bluźnierstw. Są odcinki w których krew leje się na wszystkie strony i oglądamy totalną rozwałkę, ale są też takie, które przepełnione są humorem i tajemnicą. Widać, że zaangażowani twórcy mieli swobodę działania i wszystkie środki przekazu jakich użyli składają się w pewną dobrze naoliwioną całość.

sobota, 16 marca 2019

Szpiedzy, Izrael i pewna aktorka - recenzja miniserialu "Mała doboszka"

Serialowy świat szpiegów doczekał się kolejnej świetnej produkcji. Gdzie najlepiej szukać inspiracji do stworzenia serialu? Oczywiście w książkach, a w ostatnich latach świetnych historii dostarczają dzieła Johna le Carre i nie inaczej jest w tym przypadku.

"Mała doboszka" opiera się na jego powieści o tym właśnie tytule. Została już zekranizowana w 1984 r., ale film nie osiągnął wówczas ani sukcesu krytycznego, ani finansowego. Tym razem została ona zamknięta w ramach sześcioodcinkowego serialu z doborową obsadą. O czym jest to historia? O szpiegach.
źródło
Akcja przenosi nas do lat 70. ubiegłego wieku, a cała historia opiera się na konflikcie izraelsko-palestyńskim. W Europie ma miejsce seria zamachów terrorystycznych, za którymi ma stać Khalil Al Khadar, którego polecenia są wykonywane za pomocą jego brata Salima. Ten ma jednak słaby punkt, który pragnie wykorzystać pewien agent z Izraela.

środa, 13 marca 2019

Nie tego się spodziewałem - recenzja filmu "Bohemian Rhapsody"

Jeśli istnieje jakiś gatunek filmowy, który cały czas święci sukcesy w Hollywood, to z pewnością jest nim biografia. W samym 2018 r. mogliśmy obejrzeć osiem takich anglojęzycznych produkcji. Wspólnym mianownikiem dla wszystkich tego rodzaju tytułów jest fakt, że nie da się w pełni, na 100% opowiedzieć historii w zgodzie z prawdą, gdyż to zajęłoby mnóstwo czasu, a film musi się sprzedać. I tutaj dochodzimy do "Bohemian Rhapsody".

Film w reżyserii Bryana Singera opowiada o drodze na szczyt zespołu Queen, skupiając się oczywiście na jej głównym wokaliście, Freddiem Mercurym. Akcja toczy się na przestrzeni kilkunastu lat, a historia zaczyna się i kończy na tym samym momencie, czyli koncercie Live Aid zorganizowanym w celu zebrania funduszy dla głodujących w Etiopii.
Szybko, wręcz błyskawicznie przechodzimy pomiędzy kolejnymi etapami kariery zespołu. Odniosłem wrażenie, że przez to nie jesteśmy w stanie w pełni podziwiać magii Queen i Mercury'ego. Ciężko skupić się na jakimkolwiek wydarzeniu, gdy historia nie przystaje ani na chwilę.

poniedziałek, 11 marca 2019

Dużo efektów, mało historii - recenzja "Alita: Battle Angel"

"Amerykanie znów biorą się za japońskie komiksy. Już się boję co z tego wyjdzie". Taka była moja pierwsza myśl gdy dowiedziałem się o planach na ekranizację powieści graficznej Yukito Kishiro, pt."Gunnm" na świecie lepiej znanej jako "Battle Angel Alita. Moje doświadczenia z tego typu produkcjami były bowiem jak do tej pory kiepskie i niestety "Alita" w pełni mi ich nie rekompensuje.

Producentem filmu został James Cameron, czyli kinematograficzny guru jeśli chodzi o science-fiction. Wybór reżysera mógł jednak zadziwić niejedną osobę, gdyż padło na Roberta Rodrigueza, którego kojarzymy z zupełnie krwawymi filmami akcji przepełnionymi brutalnością oraz specyficznym poczuciem humoru by wymienić choćby "Desperado", "Maczetę", czy "Od zmierzchu do świtu".
"Alita: Battle Angel" przenosi nas w daleką przyszłość do 2564 roku. Świat zmienił się w wyniku "Wielkiej Wojny", a najważniejszą rzeczą jaką powinniśmy o nim wiedzieć jest rozwój cybernetyki. Cyborgów jest tu co nie miara. Przechodząc ulicą zawsze dostrzeżesz osoby uzbrojone w mechaniczne ręce, nogi albo nawet całe ciało.

sobota, 9 marca 2019

Między życiem a śmiercią też jest miejsce na humor - recenzja serialu "After Life"

Na platformie Netflix zadebiutowała najnowsza produkcja Ricky'ego Gervaisa. Multi-utalentowany komik tym razem wziął na tapetę temat utraty bliskiej osoby i cierpienia z tym związanego. Znów balansuje na krawędzi komedii i dramatu, znów idzie na jakość, nie ilość, i znów wychodzi mu to bardzo dobrze.

"After Life", to sześcioodcinkowy serial. Obejrzycie go w niecałe trzy godziny, a więc jest to format idealny dla takiej platformy jak Netflix. Głównym bohaterem jest Tony, zgorzkniały i przeżywający śmierć swojej żony dziennikarz lokalnej gazety, który mówi to co myśli, choćby miało to zranić innych. Po prostu wyżywa się na całym świecie za stratę, która go spotkała i jest to źródłem wielu przezabawnych sytuacji jak choćby straszenie dziecka, że zatłucze je młotkiem.
źródło
Obserwujemy jego zmagania z codziennością, walkę z chęcią samobójstwa oraz jak zachowanie Tony'ego wpływa na jego otoczenie. Gervais przedstawia nam tę historię ze swoim charakterystycznym humorem, bardzo bezpośrednim, a często wręcz chamskim. Jego wyczucie komedii jest jednak fantastyczne i dokładnie wie w którym momencie zdecydować się na żart, a kiedy pójść w stronę dramatu.

środa, 6 marca 2019

Moje pierwsze koreańskie doświadczenie - recenzja serialu "Kingdom"

Niedawno miałem okazję po raz pierwszy obejrzeć koreański serial. Do tej pory widziałem co najwyżej japońskie animacje, więc w temacie azjatyckiego kina i telewizji jestem żółtodziobem. Zapewne nigdy nie trafiłbym na koreańską produkcję, gdyby nie fakt, że Netflix jest globalną marką i czyni inwestycje także na Dalekim Wschodzie.

Serial o który był dla mnie tym pierwszym, to "Kingdom". W sześciu odcinkach opowiada historię spisku, który ma doprowadzić do zmiany władzy w królestwie, a to wszystko dzięki tajemniczej chorobie zmieniającej ludzi w żywe trupy. Szykujcie się na średniowiecznych zombie w koreańskim wydaniu.
źródło
Od razu was uprzedzam, że tempo akcji prezentowanej przeze mnie produkcji jest bardzo powolne. Praktycznie na każdym odcinku przysypiałem, choć bardzo starałem się obejrzeć je za jednym zamachem. Jeśli spodziewaliście się epickich walk i ucieczek przed rozszalałym stadem nieumarłych, które oferował zwiastun, to srogo się zawiedziecie. Jest tu więcej gadania niż działania, a gdy już co do czego przychodzi to brakuje kreatywności.

poniedziałek, 4 marca 2019

Krótko, w dobrym guście i bardzo na temat - recenzja miniserialu "Skandal w angielskim stylu"

Jakiś czas temu zauważyłem, że oglądam bardzo mało brytyjskich produkcji, a przecież nie od dziś wiadomo, że na wyspach preferują jakość, a nie ilość. Dlatego powstaje tam bardzo wiele ciekawych filmów i seriali na wysokim poziomie choć często nie przebijają się one do świadomości widza. Postanowiłem zatem nadrobić moje zaległości, a zacząłem od czegoś w iście angielskim stylu.

Trzy-odcinkowy serial opowiada niezwykłą historię polityka partii liberalnej Jeremy'ego Thorpe'a oraz jego sekretnym związku z Normanem Scottem, który doprowadził do tytułowego skandalu. Polityka najwyższego szczebla, spiski i knowania oraz ważny fragment brytyjskiej historii, to najważniejsze tematy, które porusza.
źródło
Produkcja ma miejsce na przestrzeni lat 1965-1979. Główny bohater, to ambitny polityk który pragnie piąć się po kolejnych szczeblach władzy i zmienić nie tylko prawo, ale także sposób myślenia obywateli na wiele tematów. Skrywa tajemnicę, która w tamtych czasach podlegała bardzo surowym karom, nawet karze śmierci! Jest homoseksualistą, a żeby osiągnąć swoje życiowe cele musi się z tym ukrywać. Nie oznacza to jednak, że nie ma swoich potrzeb i to właśnie one doprowadzają go do kłopotów i napędzają fabułę serialu.

sobota, 2 marca 2019

Witaj stary, dobry przyjacielu - recenzja 3. sezonu serialu "Detektyw"

Po czterech latach przerwy powrócił serial, który najpierw skradł serca krytyków i widzów, był powiewem świeżości i popisem świetnego aktorstwa, a potem niesamowicie nas zawiódł (szczególnie pod względem pokręconej fabuły) i przyniósł sporo kłopotów twórcy oskarżonemu o plagiat. Nowa odsłona powraca do korzeni i wychodzi jej to na dobre.

Wszystko zaczyna się od zniknięcia dwójki rodzeństwa, Willa i Julie Purcell. Dzieci jadą się bawić i już nie wracają do domu. Ich ojciec najpierw próbuje sam je odszukać, a dopiero później powiadamia o wszystkim policję. W ten sposób trafiamy na głównych bohaterów, prowadzących śledztwo detektywów Haysa i Westa.
źródło
W ramach ośmiu godzinnych odcinków przyglądamy się śledztwu prowadzonemu w trzech okresach czasu - latach 80., 90. oraz współcześnie. Wcielający się w Wayne'a Haysa Mahershala Ali już jako podstarzała osoba udziela wywiadu w ramach programu dotyczącego sprawy sprzed lat. Jak się niedługo okazuje, nawet on sam nie może ufać swoim wspomnieniom ze względu na problemy z pamięcią.

Najnowszy sezon "Detektywa" powoli wprowadza nas w ponure i smutne krajobrazy Arkansas. Można odnieść wrażenie, że nie dzieje się zbyt wiele, ale to wszystko przez bardzo skrupulatne przedstawienie fabuły, skupienie się na odczuciach bohaterów, a przede wszystkim na ich pracy. Nie będę ukrywał, takie spokojne i dopracowane wprowadzenie było dla mnie pierwszym sygnałem, że produkcji warto ponownie dać szansę.

Na każdym etapie śledztwa pojawia się wiele poszlak i naprawdę ciężko domyślić się, kto jest sprawcą zaginięcia Julie. Z czasem odnaleziony zostaje bowiem jedynie chłopiec, niestety zmarły, a policjanci skupiają się na odnalezieniu jego siostry.

W trakcie toczącej się sprawy przyglądamy się jak oddziałują na nie siły zewnętrzne. Nie wszyscy są bowiem zainteresowani zakończeniem wszystkiego zgodnie z prawem. Gdy śledztwo zdaje się nigdzie nie zmierzać, przełożeni dwójki detektywów nie wahają się wrobić jednego z podejrzanych, przeciwko któremu nie znaleziono jednak dowodów. Gdyby nie polityka, ta sprawa mogła wyglądać zupełnie inaczej.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to mógłbym tutaj rozpływać się nad panem Ali czy partnerującym mu Stephenie Dorffem, którzy nawzajem czynią swoje występy lepszymi. Prawda jest jednak taka, że przez cały sezon z dużym komfortem i bez żadnego narzekania i analizowania oglądałem serial, a to jest oznaką dobrze wykonanej roboty przez całą obsadę, żeby tylko wspomnieć Scotta McNairy czy Carmen Ejogo.

W serialu oprócz samego śledztwa przewija się wiele interesujących wątków. Nasi detektywi służyli w armii i często wspominają o walce w Wietnamie. Do tego dochodzą jeszcze kwestie, nazwijmy to romantyczno-rodzinne, gdy śledzimy jak detektyw Hays poznaje swoją przyszłą żonę oraz jak toczą się losy jego rodziny. W jego przypadku poruszona zostaje także kwestia zaników pamięci, które mają istotny wpływ na zamknięcie całej sprawy.

Twórca serialu, Nic Pizzolatto funduje nam również kilka smaczków. Dowiadujemy się, że wydarzenia z trzeciego sezonu serialu mają miejsce w tym samym świecie, co fabuła pierwszego sezonu, gdy przeprowadzająca z Haysem wywiad reporterka wspomina sprawę detektywów Cohle'a i Harta. Z pewnością zaskoczyło to oraz ucieszyło niejednego fana serii.
Warto również wspomnieć o oryginalnej ścieżce dźwiękowej oraz fantastycznym intro (utwór "Death letter"), które doskonale wprowadza widza w ton opowiadanej historii. Muzyka potrafi momentami przyprawić człowieka o zawał serca, w szczególności gdy zwiastuje nadchodzące zagrożenie. Dźwięki strun skrzypiec momentami jeżyły mi włosy na głowie. Tutaj gratulacje należą się T Bone Burnett, którego efekty pracy znajdziecie TUTAJ.

Co do samego zakończenia i rozwiązania śledztwa, to odniosłem wrażenie iż zostało zbytnio rozciągnięte, a twórca nie do końca wiedział jak chce to wszystko zamknąć. Ostatnia scena powinna w pewnym sensie doprecyzować nam jakie było jego przesłanie autora, co chciał nam powiedzieć, ale tych scen jest kilka i nie do końca przypadło mi to do gustu.

Podsumowując, można śmiało powiedzieć, że "Detektyw" powrócił do świata żywych. Mrożąca kre w żyłach i trzymająca w napięciu historia w połączeniu z doskonałą obsadą, to wszystko, a nawet więcej niż oczekiwałem. Swoją klasę potwierdza dwukrotny zdobywca Oscara, Mahershala Ali, a pan Pizzolatto dostaje ode mnie kredyt zaufania i liczę, że jeszcze zobaczymy jego kolejne prace. HBO po raz kolejny udowadnia że jest domem dla najlepszych produkcji telewizyjnych.

środa, 27 lutego 2019

Wkracza doktor House - recenzja 1. sezonu "Dr House"

Czego odczekujemy od lekarza, udając się do niego na wizytę? Tego, że będzie miał gdzieś, nas jako osobę, a zajmie się po prostu naszą chorobą i odstawi nas do domu w 100% zdrowymi, czy może tego, że będzie się nami opiekował jak własną rodziną, ale przez to może nie podjąć kilku ryzykownych kroków, które mogą nas uzdrowić? Swego czasu telewizja wywołała taką dyskusję i postarała się odpowiedzieć na to pytanie za pomocą pewnego zgryźliwego, niemiłego i złośliwego dr House'a.

Dr House zadebiutował w 2004 r. i w relatywnie krótkim czasie stał się wielkim hitem. Autorem serialu jest David Shore, który odpowiada za stworzenie głównej postaci oraz Paul Attanasio, który odpowiada za koncepcję serii. Opowiada ona o tytułowym doktorze i grupie jego asystentów, którzy zajmują się nadzwyczajnymi, niewyjaśnionymi przypadkami diagnostycznymi. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że House nie lubi pokazywać się pacjentom, nie chce nawiązywać z nimi znajomości, a obchodzi go jedynie rozwiązanie postawionej przed nim zagadki.

Pierwszy sezon liczy sobie 22. odcinki, a utwór z czołówki, który towarzyszy widzom przez większość serii, to "Teardrop" w wykonaniu Massive Attack. W każdym odcinku House wraz ze swoją ekipą zajmują się innym medycznym przypadkiem, ale między odcinkami zachowana jest ciągłość fabularna, niektóre poboczne wątki przewijają się przez dłuższy czas, inne nieco krócej. Jednym z charakterystycznych elementów każdego epizodu są także sceny w przychodni, podczas gdy House przyjmuje chorych, czego nie robi z wielką przyjemnością, a widz jest tu najczęściej raczony inteligencją, dowcipem i sarkazmem doktora, stanowią źródło odpoczynku i relaksu od głównego wątku.
Mogłoby się więc wydawać, że jest to po prostu kolejny serial medyczny, taki jakich w Ameryce wiele. Na szczęście główny bohater zmienia wszystko. House nie dba o środki, których należy użyć, aby odkryć przyczynę złego stanu zdrowia u danej osoby. Punkcje, biopsje, rezonansy, skany całego ciała, wszystko wchodzi w grę. Byłoby jednak szalonym mu na to wszystko pozwalać i tu pojawia się postać Lisy Cuddy, dyrektorki szpitala Princeton-Plainsboro, w którym miejsce ma akcja. Wszelkie interakcje House'a i Cuddy, to prawdziwe złoto i mistrzostwo dialogów. Dyrektorka potrafi postawić się House'owi choćby nie wiadomo jak racjonalną teorię by jej przedstawił, a badanie byłoby bardzo ryzykowne i inwazyjne.